Chady na miarę PRL-owskiej możliwości
Dzisiaj nie będzie nic o zaginionych utworach i teledyskach. Nawet nie będzie polskiego wykonawcy. Ale cała akcja miała miejsce w Sopocie w 1988 roku i jest warta odnotowania, bo do dzisiaj dziwię się, dlaczego po tylu latach nie udało się ustalić personaliów dwóch mężczyzn z ogromnymi cojones, którzy wtargnęli na scenę i zagadali ot tak do Kim Wilde. Może nie do końca ten wpis będzie pasować do ogólnej tematyki bloga, jednak ma w sobie nutkę tajemnicy i musi pozostać wyjaśniony.
W 1988 roku odbył się 25. Festiwal Piosenki w Sopocie. Gwiazdami rocznicowej edycji były dwie ówczesne gwiazdy pop: Sabrina i Kim Wilde. Oba koncerty cieszyły się bardzo dużym zainteresowaniem, piosenkarki zaśpiewały większość koncertu na żywo (co było szczególnie słychać zarówno u Sabriny, która pod koniec koncertu przestała radzić sobie z jednoczesnym śpiewaniem i bieganiem po scenie, oraz u samej Kim, która zaśpiewała krótko po chorobie), fani rzucali lub dawali kwiaty dziewczynom, były największe przeboje… czego chcieć więcej?
To pytanie musiało zadać sobie kilku fanów Kim Wilde, którzy wykorzystali chwilę nieuwagi ze strony organizatorów i wpadli na scenę, by dać Kim kwiaty. Na scenie zostało w sumie dwóch mężczyzn: jeden baaardzo przypominający Ferdka Kiepskiego, a drugi typowego chłopaka z osiedla. Takiego Mikołaja, bo robi wszystko, by zagadać i mu niezbyt wychodzi. Stylówka rzecz jasna kiczowata, ale taki był urok końcówki lat 80. No ale co ubiór przy dobrej gadce i tych kocich ruchach, tych gestach rękami! Chłopaki zatańczyli Travoltę pod melodię piosenki „Cambodia”, Kim była trochę zaniepokojona, ale w gruncie rzeczy szczęśliwa, zamieszanie wykorzystywali kolejni fani. No była niezła zabawa pod smutną piosenkę.
Chociaż na dobrą sprawę „niezła” powinna być w cudzysłowie, bo jeżeli organizatorzy koncertu nie dopilnowali dwóch śmieszków z kwiatami i płytami jej wówczas najnowszego albumu „Close”, to strach pomyśleć, co mogłoby się stać, gdyby na scenę wpadł jakiś świr o pokroju Axelio. Ewentualnie organizatorzy za butelkę wódkę wpuścili ich. Dopiero po wykonaniu piosenki podeszli kolejni fani z kwiatami, zaś nieznane osoby odsunęły dwójkę naszych chadów ze sceny (co można jako tako zobaczyć na wideo, podczas transmisji koncertu tak ustawiono kadr, by jak najmniej było widać). Niektórzy sądzą, że to była ustawka, a ta dwójka to agenci SB, ale ta teoria jest absurdalna. Po co dwóch agentów miałoby się demaskować takim wygłupem? Dojść na scenę w upadającej Polsce Ludowej było zadaniem niezwykle łatwym, bo wówczas wszystko można było załatwić łapówką. Sama hipoteza, że organizatorzy dopuścili ich na scenę nie trzyma się jednak kupy, bo naszych bohaterów wyniesiono po wykonaniu piosenki, by nie zakłócić do reszty całego show.
Minęło ponad 30. lat od tego koncertu, a tożsamość obu mężczyzn jest w zasadzie nieznana. Zostali niesłusznie zapamiętani jako „głupki”. U mnie wzbudzają podziw swoją odwagą, zaś o organizatorach koncertu mam mimo wszystko złe zdanie, bo dali ciała. Wracając jednak do tożsamości panów: jestem zdumiony, gdyż wideo opublikowano na YouTube w lutym 2010 roku. Minęło jedenaście lat i w sumie cisza. W komentarzach pod filmach można przeczytać, że „Ferdek” tak naprawdę ma na imię Ireneusz, sześć lat temu mieszkał w Legnicy i zawsze był takim śmieszkiem i po prostu nie mógł się oprzeć. Według komentarzy na Wirtualnej Polsce, pan Irek przeprowadził się do Wielkiej Brytanii. Trudno mi powiedzieć, ile w tych informacjach jest prawdy. Tożsamość drugiego PRL-owskiego jest nieznana. Ponoć drugi z chłopaków wszedł zza kulis zaraz za Irkiem z Legnicy.
Aha, Kim Wilde nie obraziła się na organizatorów koncertu. Wystąpiła jeszcze dwa razy w Sopocie.
Runab Berkenetz
Komentarze
Prześlij komentarz